every second's worth a thousand words.

listopad 21, 2009

Put your hands in the air, and wave them like you give a fuck.

Zaszufladkowany do: Uncategorized — by mcdreamyy @ 9:08 pm

Nie bardzo wiem co mam tu teraz wystukać na klawiaturze, bo w jaki sposób kurwa można opisać najlepsze dwie godziny swojego życia? Wprawdzie mogę rzec, że ten czas był tak zajebiście magiczny i niesamowity, że byłam ciągle w niezdecydowaniu między płaczem a euforią, że pierwszy raz w życiu czułam się na swoim miejscu i miałam wrażenie, że gdzieś pasuję. I że niesamowicie zajebiści byli ci wszyscy ludzie, którzy chociaż w ogóle mnie nie znali, rozumieli, czemu tyle czasu marzłam, stercząc w kolejce od godziny 13.30 do 18 i popijając gorącą herbatę z termosu. I oni nie mieli mnie za wariatkę, oni to wszystko rozumieli, i do tego zazdrościli mi, że jako jedyna w mojej kolejce wpadłam na to, żeby wziąć ze sobą termos.

Powitałam chłopaków głośnym piskiem pod samą sceną, pożegnałam podobnie, tylko stałam już nieco dalej. Nie żałuję ani jednej wystanej pod Torwarem minuty, mimo, iż po paru pierwszych kawałkach musiałam cofnąć się parę metrów dalej od sceny. Stałam tam wgapiając się w nich jak zaczarowana, wyśpiewałam wszystkie piosenki od początku do końca, i minęło to wszystko za szybko, po Taste in men byłam szczerze zdziwiona i załamana, że to już koniec.

Ten koncert był bardziej niż idealny, zagrali moje ukochane Twenty years, Steve był bez koszulki(i chociaż nie jaram się nim bardzo, to ucieszyło mnie to;D), Stefan w zajebistym srebrnym wdzianku, Brian wreszcie wyglądał jak człowiek z tymi włosami. Byli niesamowici, cudowni, niezwykli, właśnie tacy, jakich sobie zawsze wyobrażałam.

Choćbym nie wiem jak się starała, to i tak nie dam rady przelać tu wszystkiego co mam teraz w głowie.
A gdyby mi kurwa jakimś cudem wyszło, to jak nic skończyłby mi się limit znaków.

I chociaż ten koncert dał mi w pewnym sensie pozytywnego kopa, to jednak ta euforia jest obecnie wygaszona, bo nie wiem, w jaki sposób po tym wszystkim mam normalnie żyć, i w jaki sposób przekonać samą siebie do tego, abym przestała porównywać moje przeciętne życie do tych niesamowitych dwóch godzin, i po prostu zaakceptowała paskudną codzienność.
A bańki mydlane do końca życia będą mi się kojarzyć właśnie z tym koncertem.

* * * * *

Przestaję znikać.

listopad 17, 2009

hide and seek.

Zaszufladkowany do: Uncategorized — by mcdreamyy @ 5:42 pm

Chowam się w szaliku, ciepłych golfach, płaszczu, powoli znikam, nie ma mnie dla ludzi, jeszcze trochę, a w ogóle mnie nie będzie (mujborze, ile razy ja już to pisałam?). Jestem obecna tylko w oglądanych przeze mnie filmach i czytanych książkach, ciągle znajduję siebie w ich bohaterkach, a może tylko mi się tak wydaje, może to tylko złudzenie, którym panicznie próbuję załatać nigdy nie opuszczające mnie uczucie wyobcowania i braku przynależności do czegokolwiek i kogokolwiek.

Jak na kandydatkę na medycynę stanowczo za dużo piję i palę.

Czwartkowy koncert trzyma mnie przy życiu. Nie wiem, jak zniosę jutrzejszy dzień i jakim cudem zasnę jutrzejszej nocy. Sądzę, że raczej spędzę ją leżąc ze słuchawkami na uszach i słuchając Battle for the sun.
Mam w głowie długą listę scenariuszy, które mogą się wydarzyć, i sprawić, że jednak mnie tam nie będzie. Mogę w końcu spóźnić się na mój autobus o 9.50, ulec wypadkowi bądź też zachorować na świńską grypę, i wiele, wiele innych.

A miniona matura z matmy nie okazała się totalną porażką, rzekłabym raczej, że była całkiem średnim sukcesem, i wyszło przy tym na jaw, że nie jestem całkowicie matematycznym beztalenciem, coś tam jednak potrafię.

listopad 1, 2009

when the working day is done, girls just wanna have fun.

Zaszufladkowany do: Uncategorized — by mcdreamyy @ 8:23 pm

Niedługo skończy się rok przepełniony osiemnastkami znajomych, a za 19 dni będzie już po koncercie. I przeraża mnie myśl o tym co będzie później. Na razie mam jako taką możliwość wyznaczania sobie odstępów czasu, które muszę przetrwać, przez które mam się uczyć, wracać wcześnie do domu i zachowywać się jak cywilizowany człowiek. Ta technika skutkuje, mam złudne wrażenie że daję sobie radę, jednak w mojej głowie wygląda to wszystko tak, jakbym po dziewiętnastym listopada miała umrzeć, jakby dalej już nic nie było.

We wtorek pierwsza próbna matura z matmy, yeeeeeeey!. Moja pierwsza wielka porażka w tym roku szkolnym. Ale zamiast marudzić powinnam się przygotowywać mentalnie na kolejne.

Jestem opętana przez Placebo i The National.

Następna strona »

Strona zbudowana przy pomocy WordPress.com